MARCIN FABJAŃSKI: Pisze pan, opierając się na setkach wyników badań, że do szczęścia trzeba dwóch rzeczy: przyjemności i poczucia sensu. Mogę sobie wyobrazić, że Adolf Hitler miał je obie, zwłaszcza w pierwszej fazie II wojny światowej. Trudniej przychodzi mi wyobrazić sobie, że Adolf Hitler był szczęśliwy, bo sądzę, jak starożytni greccy filozofowie, że warunkiem szczęścia jest moralne życie.

PAUL DOLAN: To dwie odrębne rzeczy – maksymalizacja przyjemności i poczucia sensu przez jednostkę i przez społeczeństwo. Przypuszczam, że akurat Hitler myślał o szczęściu całego narodu niemieckiego albo rasy aryjskiej, za to wyłączył z tych rozważań wszystkich innych. Możliwe, że miał siebie za osobę moralną, która dba o szczęście narodu.

Z punktu widzenia Greków poczucie sensu możemy osiągnąć tylko poprzez kultywowanie cnót nakierowanych na dobro innych. Nie ma szczęścia bez moralności. Wyobrażam sobie, że Hitler budził się z krzykiem w ciągu nocy, gdy treścią ego snów stawały się martwe ciała ludzi, którzy przez niego zginęli.

- Doprecyzujmy, o jakim poczuciu sensu piszę w mojej książce. Nie chodzi tu o sens życia jako całości, tylko o poczucie sensu wykonywanej właśnie czynności. Poczuciu sensu dzień po dniu, chwila po chwili. Jest ono oparte na doświadczeniu radości, złości, stresie. Nie sądzę, że coś może być cnotą samo w sobie. Albo że jest dobre lub złe samo w sobie, jeżeli nie koń-czy się szczęściem albo jego brakiem. Adolf Hitler mógł nigdy nie obudzić się w nocy przerażony, bo wierzył w słuszność tego, co robi. Wiemy, że psychopaci mogą być bardzo szczęśliwi. Mój kod etyczny nakłada na społeczeństwo powinność organizowania się tak, by jednostki odczuwały jak najwięcej szczęścia. Z punktu widzenia jednostki, jeśli czujesz, że jesteś szczęśliwy, uprawiając grządki w ogródku, innym nic do tego.

Wyobraźmy sobie, że ktoś, na kim panu zależy, może członek pańskiej rodziny, całymi dniami ogląda telewizję, siedząc na kanapie i zagryzając tę rozrywkę czipsami. Mówi na dodatek, że tak wypełnia się sens jego życia. Arystoteles powiedziałby mu, że błądzi. Z tego, co pan mówi, wynika, że nie próbowałby pan zachęcać go do zmiany zwyczajów.

Jest nam trudno nie narzucać innym ludziom sposobów osiągania szczęścia. Sam ciągle wpadam w tę pułapkę w relacjach z moimi dziećmi. Nie mogę oceniać nikogo. Jeśli ten człowiek znalazł w czipsach i programach telewizyjnych harmonię, niech je czipsy i ogląda telewizję. Nie mamy podstaw, by komuś komunikować, że są jakieś czynności, które są bardziej właściwe i przynoszą więcej sensu. Nasze społeczeństwo wytwarza wiele opowieści na temat tego, co powinniśmy robić i co na pewno uczyni nas szczęśliwymi. Czasami te opowieści nie są spójne z serią doświadczeń odczuwanych jako szczęśliwe, czasem są. Ciekawe jest to, skąd te opowieści pochodzą i czy służą naszym najlepszym interesom.

Czy to oznacza, pana zdaniem, że szukając szczęścia, powinniśmy w dzisiejszym świecie oprzeć się na wiedzy, którą dają wyniki badań naukowych, i porzucić tradycyjne opowieści na ten temat, w których przecież może tkwić pewna mądrość?

Powinniśmy czerpać ze wszystkich źródeł informacji na temat szczęścia. Sądzę jednak, że konkretne badania tysięcy ludzi nauki dotyczące szczęścia są lepszym źródłem wiedzy na jego temat niż tradycja, teksty historyczne czy społeczne zwyczaje. Spójrzmy na przykład na opowieść, która każe nam odnieść sukces i osiągać zakładane cele. Stoi za nią ewolucyjna mądrość, podążanie za tą opowieścią może być dla nas korzystne. Ale czy przyniesie nam ono szczęście?