Oto konkluzja introspekcyjna z osiemnastego wieku - z czasów, kiedy ten sposób dociekań był powszechny, przy­najmniej wśród filozofów. Szkocki myśliciel David Hume, wyprzedzając o dwa i pół wieku odkrycia neuropsychologii, pisał: „Jeżeli jakaś impresja daje początek idei naszego ja, to impresja ta musi pozostawać nieprzerwanie i niezmiennie ta sama w ciągu całego toku naszego życia; albowiem przyjmuje się, iż nasze ja istnieje właśnie w ten sposób. Lecz nie ma im­presji stałej i niezmiennej. Przykrość i przyjemność, smutek i radość, wzruszenie i doznania zmysłowe następują po sobie kolejno i nigdy nie istnieją wszystkie w jednym i tym samym czasie. Niemożliwe jest więc, by z jednej spośród tych impresji czy też z jakiejś innej wywodziła się idea naszego ja; a wobec tego nie ma w ogóle takiej idei”.

 

Całkiem nowe pytania

Obserwacja siebie wyrywa z utartych torów myślenia. Bywa, że jest wstępem do dociekań filozoficznych, bo pro­wokuje dziwaczne pytania, tak dziwaczne, że nie ma ich nawet w najbardziej obszernym zbiorze ludzkich myśli - internecie. Oto jedno z nich, które przyszło do mnie w pewną chłodną, choć letnią noc: „Czy dreszcz, który właśnie poczułem, jest mój, czy nie mój?”.

Język codzienny wskazywałby na pierwszą możliwość. Mówimy: „mam dreszcze”. Ja, a nie nikt inny albo przyro­da. Ale w jakim sensie ten dreszcz jest mój? Posiadam go? Nie, bo dawno minął. I minąłby nawet, gdybym chciał go koniecznie zatrzymać. Stworzyłem go? Nie, bo powstał dzięki czynnikom niezależnym ode mnie, jak temperatura powiet­rza i siła wiatru.

Skoro dreszcz nie jest mój, choć się tak wydaje, to może inne prawdy, które wyznajemy tylko dlatego, że codziennie używamy takiego, a nie innego języka, też nie wytrzymują podobnej analizy? A co jeśli myśli nie są wcale moje? Czy mogę je kontrolować? Czy na pewno jestem ich twórcą, czy może tylko zainstalowano je w mojej głowie? A co z emocja­mi? I najważniejsze pytanie (to, na które Hume odpowiedział negatywnie): czy jest jakaś jaźń, pojedyncze źródło, które jest trwałym podmiotem myślenia i odczuwania emocji?

Możliwe, że w twojej głowie, czytelniku, pojawiło się właśnie pytanie, które zdarza mi się słyszeć od studentów psychologii na tym etapie rozmowy o introspekcji: po co mi ta cała wiedza? To pewnie przesada, ale introspekcja jest od­powiednikiem wyboru tej pigułki, która w filmie „Matrix” wyrywała człowieka z serii doznań wytworzonych przez ma­szyny i wrzucała z powrotem do rzeczywistości.

Ten film to jeden z ostatnich znanych prawie wszystkim wytworów popkultury, który ma jakiś ładunek filozoficz­ny, bo zadaje pytanie: co istnieje obiektywnie? „Czy miałeś kiedyś sen tak rzeczywisty, że wydał ci się życiem?” - pyta Morfeusz. Gdybyś obudził się z tego snu, jak rozpoznałbyś różnicę między nim a rzeczywistością?

Każde małe odkrycie dokonane dzięki introspekcji prze­wyższy najwznioślejsze inwokacje mistrzów duchowych i książkowych autorytetów. Pobije je bezpośredniością. Uniezależni nas choć trochę od poglądów wdrukowywanych przez innych, wzmocni w oporze przed reklamową manipu­lacją. Dzięki niemu inaczej będziemy czytać książki i artyku­ły prasowe, także psychologiczne. Nie będziemy musieli brać ich na wiarę, bezkrytycznie uznawać, że opierają się twardo na prawidłowo przeprowadzonych badaniach, które autor obiektywnie naświetlił. Będziemy mogli porównać prawdy z tych książek z prawdami, które sami odkryliśmy w sobie. Stworzymy własny układ odniesienia. W erze produkowa­nia słów dla jednego celu - liczby sprzedanych egzemplarzy - taki układ odniesienia to bardzo przydatna rzecz.

Za mało? Niedawno austriaccy naukowcy Frank Jakel i Cornell Schreiber sprawdzili zależności między metodą introspekcji a postępem nauki w dziedzinie badań nad rozwią­zywaniem problemów. Jest to jedna z dziedzin, która od lat się nie rozwija. Zdaniem Austriaków analiza konkretnych badań pokazuje, że ten brak postępu spowodowany jest zarzuceniem procedury introspekcji w praktyce naukowej i jej krytyce we współczesnych podręcznikach.