Na bezkarne lenistwo moglibyśmy pozwolić sobie na wakacjach - tak nam się przynajmniej wydaje. Wyjedziemy, położymy się na ręczniku przy basenie i od tej chwili oddamy się słodkiemu nicnierobieniu. Dodatkowo biura podróży kuszą miejscami na świecie, gdzie czas jeszcze nie zdążył przyspieszyć i znana z naszych biur, ulic i centrów handlowych nerwowość nie istnieje: Tajlandia, Laos, Kambodża, Wietnam. Problem polega jedynie na tym, że wraz z kostiumem kąpielowym, okularami słonecznymi i kremem z filtrem zabieramy, chcąc czy nie, swoje przyzwyczajenia. Rozpakowując walizkę w pokoju hotelowym, nie wyciągniemy z niej, niczym królika z kapelusza, swojego wakacyjnego alter ego w osobie szczęśliwego lenia. Stres jak cień będzie się za nami wlec w każdy, nawet najcichszy i najspokojniejszy zakątek świata. Nie wystarczy słuchać muzyki przy basenie czy niespiesznie zjeść mule w wykwintnej restauracji. Musimy jeszcze wyjechać „wewnętrznie”. Tylko gdzie można kupić bilet na taką podróż?

Odwaga bycia offline

Wystarczy uświadomić sobie, jak pisze Schnabel, że wewnętrzny spokój nie pojawi się automatycznie wraz z pierwszym dniem urlopu. Nastąpi to stopniowo i w takim zakresie, w jakim pozbywać się będziemy naszych nerwowych przyzwyczajeń. Przy czym warto dać sobie na to czas i nie zamęczać się wyrzutami: „no, zacznij wreszcie korzystać z urlopu i cieszyć się nim”. Trzeba sobie pozwolić na pewien niepokój i poczekać na nadejście odprężenia.

Jest jeszcze jedna metoda na złapanie momentu spokoju, szczególnie interesująca dla tych, którzy nie lubią albo nie mogą sobie pozwolić na dalekie wojaże. Socjolog Hartmut Rosa zaproponował, żeby w kalendarzu, poza obowiązkami, zaplanować i wpisać sobie także „NIC”. A kiedy ktoś będzie proponować nam spotkanie w tym właśnie czasie, odmawiać tak jak odmawiamy, kiedy widzimy zaplanowaną telekonferencję. Na nicnierobienie też warto znaleźć czas. Choć może głównie trzeba znaleźć w sobie odwagę.

Mało co tak przeraża jak niezaplanowane wolne weekendy. Nagle zderzamy się z pustką i nudą. Konfrontujemy się ze społecznym przymusem, że czas nie służy trwonieniu, że trzeba go dobrze zaplanować i jeszcze lepiej wykorzystać. Warto więc zadać sobie pytania: Czy muszę coś robić? Czy chcę coś robić? Odpowiadając sobie na nie, ryzykujemy, iż okaże się, że żyjemy pod dyktando innych, że jesteśmy daleko od tego, co lubimy i co pochłaniałoby nas bez reszty. Czeka nas nieprzyjemna konfrontacja z gorzką prawdą o nas samych i być może perspektywa zmiany dotychczasowego życia.

I dlatego tak wspaniale sprawdzają się wszystkie rozpraszacze uwagi i czasu jak SMS-y, e-maile, tweety, Facebook. Skutecznie odciągają nas od konfrontacji z własnymi pragnieniami i tęsknotami. Nie zostawiają miejsca na stawianie pytań - „chcę” czy „muszę”? Warto jednak zdobyć się na odwagę i spróbować przełączyć się choć czasem w tryb offline, bo jak powiedział niemiecki filozof Walter Benjamin: „Szczęście to odnaleźć samego siebie i się nie przestraszyć”.