Barbara i Allan Pease’owie - autorzy poradnika „Odpowiedź. Jak przejąć kontrolę nad własnym życiem i stać się tym, kim pragniesz być”. 

EWELINA JAMKA: Jesteście opaleni, uśmiechnięci, wyglądacie na szczęśliwych, w dodatku jesteście milionerami oraz pochodzicie z Australii, gdzie żyją najsłodsze misie świata. Nie za dużo naraz?

BARBARA I ALLAN PEASE: Nie zawsze tak było! Ale zawsze wierzyliśmy, że możemy osiągnąć to, co chcemy, i o tym też jest nasza publikacja [już jako zamożni autorzy bestsellerów w latach 90. Allan i Barbara przeżyli bankructwo, tracąc cały majątek, i zaczynali wszystko praktycznie od zera – przyp. red.].

Chcemy przekonać ludzi, że ich życie jest w ich rękach – nie zależy od zrządzenia losu ani też rządów tego czy innego premiera, nie zależy od ludzi nastawionych negatywnie do ich planów i próbujących podciąć im skrzydła, choć każdy z tych czynników na pewno może utrudnić osiągnięcie celu – jednak nie uniemożliwić ostatecznego sukcesu, osobistego lub zawodowego.

Ale czy można się nauczyć odnosić sukcesy?

- Raczej myślenia, które do nich prowadzi. Życie jest grą i obowiązują w nim reguły – przede wszystkim trzeba skupić się na tym, czego się chce, a nie na tym, jak do tego dojść. Większość ludzi myśli więcej o drodze do celu, o tym JAK to zrobić, a trzeba odwrócić proporcje. Bo gdy myślimy JAK, to przeważnie się martwimy tym, co musimy po kolei zrobić, zniechęcamy się i wycofujemy z zamiarów. A gdy myślimy o tym, CO jest celem, uruchamiamy mechanizm przyciągania. Na przykład, kiedy kobieta zachodzi w ciążę, nagle zaczyna widzieć wszędzie panie w ciąży.

Gdy ktoś myśli o zmianie samochodu np. na saaba, to nagle na każdych światłach stają przed nim saaby… Albo gdy ktoś ma ukochanego golden retrievera, to zauważa wszystkie psy tej rasy w mieście. Brzmi znajomo, prawda? Koło takiej osoby może przejść 100 kobiet nie w ciąży, przejechać 100 samochodów różnych marek i przedefilować stado kotów, a ona w większości niczego nie zauważy. Bo jest nastawiona na inne osoby, inne samochody, inne zwierzęta. Jej mózg jest tak zaprogramowany, by koncentrować  się na wybranych fragmentach rzeczywistości. Czyli ją zniekształcać…

Ale to chyba niedobrze?

- I tak, i nie. Mając świadomość tego zjawiska, możemy je sprytnie wykorzystać i potraktować mózg jak wyszukiwarkę. Gdy wpiszesz w Google np. „noclegi we Włoszech”, to w pierwszej kolejności wyświetlą ci się linki i reklamy włoskich hoteli. I nawet jeśli rozważasz inny kierunek, a internet zasypie cię linkami z Capri, to w końcu zarezerwujesz tam hotel. Czy na pewno od początku tego chciałaś? To samo robi nasz mózg – filtruje informacje, wybierając te, które są podobne do czegoś, co już znamy. Podsuwa nam zjawiska, które są podobne do naszych doświadczeń i zgodne z naszymi przekonaniami, a na resztę czyni nas obojętnymi, mniej wyczulonymi, a czasem wręcz ślepymi.

Zawsze mi się wydawało, że mózg to jednak sprzymierzeniec…

- Ależ tak! Tyle że na swoich zasadach. Mózg dba o nasze bezpieczeństwo i przy podejmowaniu decyzji korzysta ze znanych sobie schematów. I podsuwa je tak jak wyszukiwarka Google linki – są niby nowe, ale wciąż podobne. Mózg jest jak nadopiekuńczy rodzic, który boi się o dziecko i mówi: nie pływaj w morzu, możesz się utopić, siedź sobie ze mną w domu, gdzie jest miło i bezpiecznie.

 

Co można na to poradzić?

- Mając tego świadomość, już jesteśmy na dobrej drodze! Gdy wiemy, jak działa taki mechanizm przyciągania, zaczynamy naszej świadomości podsuwać to, co jest  naszym celem i powoli nadpisywać nowe klisze. Tymczasem ludzie częściej myślą o tym, czego się obawiają, czego by nie chcieli robić i w efekcie kończą, robiąc właśnie to. Dlatego potrzebna jest zmiana w myśleniu. Przed oczami powinniśmy mieć cały czas to, na czym nam zależy. To nie są żadne czary-mary.

Gdy skupimy się na tym, że chcemy pracować w firmie, która powiedzmy zajmuje się recyklingiem, zaczniemy zauważać ogłoszenia z takiego sektora; gdy chcemy zapisać się do klubu fitness, to nagle wszędzie widzimy reklamy różnych sieci i choć dotąd przeszkodą był brak pieniędzy na członkostwo, to teraz dostajemy zniżkę w nowo otwartym – bo zatrzymaliśmy się przy hostessie z ulotkami. Czasem o takich sytuacjach mówimy – ale się udało! Ale miałem szczęście, że akurat tam byłem! Że sięgnąłem po tę gazetę z ogłoszeniami! To oczywiście może być przypadek, ale większość tych „przypadków” to logiczne następstwo pracy naszego mózgu.

Czy to nie działa podobnie jak wizualizacja?

- Podobnie, ale nie tak samo, więc warto sięgnąć również po ten drugi sposób – o czym też piszemy w naszej książce. Im więcej narzędzi wykorzystamy, tym szybciej osiągniemy cel. Wizualizacja to po prostu sprytne wykorzystanie tego, że mózg nie odróżnia rzeczywistości od fikcji, nie wie, czy pani teraz się do nas uśmiecha naprawdę, czy może pani się to śni. Czuje pani zapewne trochę napięcia, może zadowolenie, patrzy pani z uwagą, trochę ciśnienie rośnie... Gdyby to sobie pani wyobrażała, mózg wysłałby te same bodźce, powodując podobne reakcje – jakby przygotowując panią do tej sytuacji i, podobnie jak w przypadku mechanizmu przyciągania, tworząc w mózgu nowe klisze.

To ważne w przypadku osób, które nie miały wsparcia rodziców czy innych bliskich osób i wciąż słyszały: gdzie ty się tam pchasz? Co ty wymyślasz? Przecież ty nie umiesz zliczyć do trzech… itd. itp. To są złe klisze, które nasz mózg wyciąga, gdy tylko chcemy „pchać się” i „liczyć do trzech”. Wizualizacje pomagają uporać się z takimi psychicznymi blokadami.

Wspominają państwo w książce o krytycznej wizualizacji – na czym to polega?

- Trzeba wizualizować tak, by uwzględniać przeszkody, czyli realnie, ale nie skupiać się na nich. Nie koncentrować się na kłopotach, dopóki się nie pojawią. Wyobraź sobie, że twój cel to pagórek widoczny z odległości 10 km. Po przejściu 5 km zmieni ci się perspektywa – być może wzniesienie okaże się niższe, a przeszkoda na drodze do niego łatwa do ominięcia. Być może, gdy problem się pojawi, ty będziesz już mieć doświadczenie pozwalające na uporanie się z nim. Gdy byłaś na początku drogi, nie wiedziałaś tego, co wiesz teraz. Sama myśl o szukaniu rozwiązania przytłoczyłaby cię i zniechęciła do działania.

A co, gdy przeszłam 5 km i nagle widzę, że pagórek przestaje mi się podobać? Z daleka wydawał się piękny, ale te łyse skały…

- Zmienić cel! Albo zmodyfikować jego warunki. Z każdym dniem, z każdym kolejnym doświadczeniem życiowym zmieniamy się. Jeśli coś przestaje być dla nas ważne, zamiast trwać uparcie w powziętym zamiarze, powinniśmy przemyśleć, co jest naszym nowym marzeniem. Ślepe dążenie wcale nie jest mądre ani godne podziwu, a zmiana celu lub jego warunków nie jest porażką. Niektórzy tego nie potrafią zrozumieć, mówią: przecież chciałeś być tym i tym, a robisz coś innego. Jeśli to coś innego jest dla nas lepsze i w porę to zrozumieliśmy, to odnieśliśmy sukces.

Czasem trzeba wręcz zrealizować jakiś cel, by zrozumieć, że nie był tym, czego naprawdę chcemy, ale dzięki temu znajdziemy inny, który nas uszczęśliwi. Wyznaczanie celu to osobna sztuka. Jest takie powiedzenie, że cel powinien być w zasięgu wzroku, ale nie w zasięgu ręki. Wtedy droga do niego nie jest ani nudna, ani frustrująca. Dlatego uważamy, że jeśli cele nie budzą choć trochę niepokoju, to nie warto sobie nimi zawracać głowy.