W Hexianju, centrum czi-gongu na tropikalnej wyspie Hainan, pewne zachowania zwrócą niechybnie uwagę nauczycieli. Takie, których w naszym świecie nikt nie zauważa. Na przykład siedzenie w fotelu ze smętną miną. „Czego się martwisz? Przestań. Szkodzisz swojemu ciału” – mówi, promieniejąc uśmiechem, Jianshe, mistrz czi-gong i twórca centrum. Niby proste słowa, a uderzają w głowę jak młotek. Niewinna chwila zmartwienia, z umysłem, który odleciał w przyszłość, nie jest taka niewinna. Zawsze, kiedy się czymś martwiłem, szkodziłem swojemu ciału. Cud, że jeszcze żyję.

Jianshe nauczył już kilkunastu ludzi (z różnych kontynentów), jak nie martwić się w ogóle. Dawni znajomi uważają ich za dziwaków. Niemartwienie się w ogóle odbiega od naszych norm kulturowych i wzbudza zaniepokojenie bliźnich. Technika, która do tego prowadzi, jest prosta. „Czi-gong to nic takiego. Musisz się tylko rozluźnić i poczuć dobrze” – tłumaczy Jianshe. „A potem już tak zostać”.

Czi w człowieku

Pięć tysięcy lat – tyle mniej więcej liczy sobie praktyka taoistyczna, ścieżka otwierania świadomości na coraz bardziej subtelne poziomy, by w końcu dotrzeć do Tao, źródła, z którego – zdaniem taoistów – wywodzi się cały wszechświat. Technikę wspierali władcy, uprawiali szamani, doskonalili harujący na swoich poletkach chłopi, którzy podpatrywali w naturze cykle sadzenia, wzrostu i żniw oraz życia i śmierci. Stąd różne style układów ruchów opartych na czi-gong: kąpiącej się kaczki, małpy wiszącej na drzewie, starego niedźwiedzia albo czapli w locie. Czi-gong łączy medytację, sztukę oddychania i ćwiczenia fizyczne. Starożytni uczyli różnych technik, na przykład takiej: zbierasz ślinę, przekształcasz jej esencję w czi, potem esencję czi w ducha, a ducha w całkowitą pustkę, podstawę wszelkiego istnienia, by na końcu powrócić do nieistnienia (szkoła pustelników). Albo takiej: kultywujesz czi tak długo, aż cię przepełnia, uczysz się kierować ciepło w różne części ciała i kanały energii, a to prowadzi do zdrowia, harmonii z naturą i przebudzenia (szkoła przenoszenia czi).

Według taoizmu świadomość człowieka ma zdolność do bezpośredniej wymiany informacji z każdym zjawiskiem we wszechświecie. Czi w nas to ta sama energia życia, która sprawia, że kwiaty rozkwitają, a plankton kieruje się w stronę słońca. Tylko że w przypadku Homo sapiens trzeba się do tej energii ponownie dokopać, wydobyć ją spod gruzów neurotycznych myśli i ograniczonej wizji, według której każdy z nas jest osobnym bytem. Czi-gong uczy, jak się dostroić do czi. Powstały tysiące stylów czi-gong. Niektóre z nich tworzyły pojedyncze rodziny i przekazywały jako swój sekret z pokolenia na pokolenia przez setki lat, jak u nas przepisy na ciasto. Niespisane popadały w zapomnienie. Wielu mistrzów czi-gong zginęło podczas rewolucji bokserów (1898–1900), kiedy Chińczycy zbuntowali się przeciw Brytyjczykom. Wierzyli, że czi-gong chroni przed kulami z broni palnej. Zawiedli się.

Sama postawa to już czi-gong: zrelaksowane ciało, lekko zgięte nogi, luźna, lekko cofnięta pierś, dół kręgosłupa wysunięty do przodu. To przeciwieństwo postawy, w której staje żołnierz przed swoim dowódcą: z wypiętą piersią, sztywnymi nogami i napiętym karkiem. Amerykański nauczyciel czi-gongu Kenneth Cohen twierdzi, że postawa adepta tej sztuki wyraża wolność i kontakt z naturą poprzez ziemię, za to postawa żołnierza została tak wymyślona, żeby odciąć człowieka od autonomii i niezależności, zamieniając go w maszynkę do wykonywania poleceń. Żołnierz traci kontakt z podświadomością i swoimi głębokimi odczuciami. Lekkie pchnięcie jest w stanie go przewrócić, a rzucony rozkaz wysłać do akcji. To samo lekkie pchnięcie sprawi, że adept czi-gong tylko się zachwieje, nie odda się w kontrolę cudzej woli.

W centrum Hexianju stoimy w postawie czi-gong na zakończenie dnia, zdarza się, że nawet godzinę. Bywa, że na drżących nogach i pragnąc tylko jednego: żeby to ćwiczenie już się skończyło. Nawet w tej pozycji można się jednak rozluźnić – a to jedyny sposób, żeby usłyszeć czi. Zaciśnięte zęby i napięte mięśnie to uniemożliwiają. Mamy robić wszystko z jak najmniejszym wysiłkiem. Energia zaoszczędzona na zewnątrz przydaje się do uwrażliwienia wnętrza, które dzięki temu samo dostroi nas do natury, czyli do Tao. Rozluźnienie to cudowny klucz, który otwiera ciasną klatkę nawyków mentalnych i fizycznych.

Ta oszczędność obowiązuje nawet wtedy, gdy czi-gong stosuje się w sztukach walki. Jej zakres oddaje paradoks: „Jeśli przeciwnik się nie rusza, ja też się nie ruszam. Jeśli on wykonuje najmniejszy nawet ruch, ja wykonuję ruch pierwszy”. W układzie ruchów składających się na czi-gong Zhi-neng, którego nauczają w centrum na Hainan, uczymy się, jak doprowadzić do wymiany energii z kosmosem, wolnymi ruchami dłoni, obrazem w umyśle, wysyłając w przestrzeń nasze czi, a potem absorbując czi natury. Czi ma przepływać przez ciało swobodnie.

Już po kilku ćwiczeniach pojawiają się nowe doznania. Przestrzeń między dłońmi staje się gęstsza, jakby była wodą, a nie powietrzem. Między prawą a lewą dłonią pojawia się delikatne zjawisko przyciągania-odpychania, jakbym trzymał magnesy. Wkrótce czi czuję w brzuchu, w postaci regularnych szmerów i wibracji.