Jednym z pierwszych naukowców, którzy udowodnili, że wegetarianizm służy sportowcom, był Henry Russell Chittenden, nazywany „ojcem amerykańskiej fizjologii”. Na początku XX w. przeprowadził badania, w których trakcie obniżał uczestnikom – w tym sportowcom, wojskowym i sobie samemu – spożycie białka o połowę, ograniczając do minimum udział mięsa w diecie. Okazało się, że wydolność organizmu, zamiast zmaleć, zwiększyła się. Od tamtej pory potwierdzono to wielokrotnie. W diecie bezmięsnej nie brakuje bogatych źródeł białka, takich jak ryż i warzywa strączkowe.

Wśród tych ostatnich największe znaczenie ma soja, która zawiera niemal ten sam zestaw aminokwasów – podstawowych „cegiełek” białkowych – co mięso. Są wśród nich także te, których nie potrafimy wytworzyć sami, czyli osiem aminokwasów egzogennych. Poza tym w soi znajdziemy również sole mineralne, potas, żelazo, magnez, fosfor, wapń oraz witaminy z grupy B. Wystarczy 50 g tego ziarna, by zastąpić 150 g mięsa (dwudniową dawkę zalecaną dorosłej osobie). Soja ma jeszcze jedna zaletę w porównaniu z produktami zwierzęcymi – nie zawiera dużej ilości puryn, które organizm przetwarza na kwas moczowy (jego nadmiar może doprowadzić do anemii, kamicy lub podagry).

 

Hormonalny kufel piwa

Obawy budzą natomiast inne składniki soi – fitoestrogeny, czyli roślinne odpowiedniki estrogenu. Dla wielu pań w średnim wieku są one bardzo wskazane, ponieważ łagodzą objawy menopauzy. Jednak ponieważ są to hormony, pojawiają się podejrzenia, że w dużej ilości mogą być szkodliwe. „U kobiet mogłoby to przejawiać się zaburzeniami płodności i nieprawidłowymi krwawieniami z dróg rodnych. Mężczyznom natomiast mógłby grozić spadek liczby plemników oraz powiększenie gruczołów piersiowych.

U obu płci mogłoby też dojść do zaburzeń pracy tarczycy. Ale tylko w teorii” – mówi dr hab. med. Dominik Rachoń, kierownik Zakładu Endokrynologii Klinicznej i Doświadczalnej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. „W praktyce bowiem jest to niewykonalne. Aby uzyskać groźny dla zdrowia poziom fitoestrogenów we krwi, należałoby codziennie zjadać ponad 25 kg soi!” – wyjaśnia. Nikt jakoś nie przejmuje się fitohormonami zawartymi w piwie.

Trafiają tam one z szyszek chmielowych, ale w tak nikłej ilości, że nawet najwięksi piwosze nie powinni obawiać się, że akurat one im zaszkodzą. „Warto pamiętać, że fitoestrogeny działają antyandrogennie, czyli hamują działanie testosteronu. Mogą więc chronić mężczyzn przed rakiem prostaty. Być może ten nowotwór rzadziej występuje w Azji właśnie dlatego, że soja jest tam ważnym elementem diety” – dodaje dr Rachoń. Z kolei u kobiet roślinne hormony teoretycznie mogą zmniejszać ryzyko rozwoju miażdżycy, osteoporozy oraz choroby Alzheimera, choć badania nad tym nie przyniosły jeszcze jednoznacznych rezultatów.