Programy typu talent show, najnowszy lep na oglądalność, to fabryki złego pieniądza w dziedzinie ekspresji. Subtelna puenta, kontrapunkt kamiennej twarzy wobec wypowiadanego dowcipu, uruchamianie procesów wnioskowania prowadzących do paradoksów to zjawiska nieznane w tego typu produkcjach. Zostały wyparte, niczym dobry pieniądz przez zły; zamiast mamy szczerzenie zębów do kamery, robienie min bez opamiętania, wykrzykiwanie zdań, cielęcy rechot publiczności w studiu na zawołanie.

Oto nowa definicja dowcipu. Coś jest śmieszne, bo: wykrzyczał to celebryta; dotyczy to stanu umysłu tego celebryty albo oceny rzeczywistości dokonanej przez niego (i nie musi mieć sensu); tłum wył z radości albo klaskał bez opamiętania. Już nie tak śmieszne jest to, że ta jarmarczna ekspresyjność rozlała się po świecie. Wystarczy posłuchać reklam w radiu. Wielu już się nie czyta – je się wykrzykuje. A nowe środki przyciągania uwagi tanieją. Mózg szybko przyzwyczaja się do nowych poziomów natężenia. Chce więcej i więcej. Aż się przegrzeje.

Co jeszcze nas czeka? Co wymyślą telewizje, by pobudzić neurony w odrętwiałych mózgach widzów? Wkrótce konieczne staną się operacje plastyczne członków jury programów typu talent show. Chirurg skalpelem poszerzy im usta, wszczepi generator dźwięku w podniebienie – z trzydziestoma rodzajami histerycznego rechotu wybieranymi językiem za pomocą minidżojstika. I co najmniej tyloma rodzajami odgłosów prychnięć niesmaku. Jak silny będzie musiał być akt ekspresji emocjonalnej, żeby się wyróżnić? I kim będzie ten, kto pierwszy zauważy, że choroba afektywna dwubiegunowa dzięki telewizji przestała być jednostką kliniczną? Że ten wyścig zbrojeń w dziedzinie ekspresji musi prowadzić do zdebilenia emocjonalnego?

Musi, bo przesada jest destrukcyjna. Musi, bo świat (w tym ludzki mózg) działa cyklicznie, a nie linearnie. To stara prawda metafizyczna, znana już starożytnym filozofom greckim. Po fazie natężenia nadchodzi faza odprężenia. Cały wszechświat ulega temu prawu, kurcząc się i rozszerzając. Jeśli nie będziemy mądrzy i nie poddamy się odprężeniu, natura je wymusi. Tylko że to może boleć. Nawet największa świętość naszych czasów – krzywe wzrostu ekonomicznego – nie będą się wiecznie pięły. Jeśli sami nie uwolnimy się od złudzenia rzekomych dobrodziejstw rosnącej konsumpcji, pomoże nam w tym nasza planeta, gdy przekroczymy pewien poziom przeludnienia i zaśmiecenia.

Jedna z buddyjskich map umysłu pokazuje medytacyjną ścieżkę do przebudzenia. Wiedzie przez sekwencję ćwiczeń, które budują konkretne emocje – od przyjaźni z sobą samym i innymi po bezstronność: stan całkowitej wolności i zgody, by zdarzenia w naszym umyśle działy się podług swoich praw, a nie naszych pragnień. Ścieżka kończy się płytszym lub głębszym przebudzeniem – przebłyskiem rzeczywistości uwolnionej od projekcji czasu, przestrzeni i pojęć.

Przebudzenie też ma swoją ekspresję emocjonalną. Oglądamy ją na tysiącach rzeźb i obrazów. To łagodny uśmiech Buddy. Nie włączajcie telewizorów, żeby go zobaczyć. Zła wiadomość jest taka, że stacje TV go nie pokazują. Dobra – że sami możemy przywołać go na twarz.