Rewolucja agrarna, która rozpoczęła się 10 tys. lat temu, nadała rozpęd całej naszej cywilizacji. Przestaliśmy być wędrownymi łowcami- zbieraczami, ponieważ uprawa ziemi czy hodowla zwierząt związały nas silniej z konkretnymi miejscami. Osiadły tryb życia wymusił powstanie bardziej złożonych struktur społecznych, utrzymywanych z nadwyżek żywności produkowanej nową metodą – zaczęło się od wodzów i wojów, a skończyło (na razie) na urzędach skarbowych i Unii Europejskiej. Nadwyżki umożliwiły bogacenie się i rozwój handlu, ten dał pretekst do wymyślenia matematyki i pisma, a stąd całnadchodzi kiem blisko już było do NASA czy akceleratora cząstek elementarnych w CERN-ie. Zanim się obejrzeliśmy, ziemska populacja rozrosła się do sześciu miliardów i najwyraźniej nie zamierza na tym poprzestać.

I czym się tu martwić? Ano właśnie podstawami tego sukcesu, czyli technologią rolniczą, która na podstawowym poziomie podlega (a przynajmniej powinna, jeśli państwo zbytnio się nie wtrąca) takim samym prawom rynkowym jak inne sektory gospodarki. Zwyciężają rozwiązania najtańsze, najbardziej wydajne i najbardziej masowe. Dlatego obecnie podstawą wyżywienia dużej części wspomnianych sześciu miliardów ludzi jest kilka gatunków roślin oraz równie nieliczna garstka gatunków zwierząt. Owszem, istnieją liczne odmiany czy rasy, ale pod względem biologicznym krowa pozostaje krową, a pszenica – pszenicą. Współczesne rolnictwo uzależniło się od monokultur, a te, jak nie od dziś wiadomo, są wymarzonym celem dla wszelkich pasożytów.

Szczególnie groźne bywają szybko mutujące mikroby. Wystarczy wspomnieć irlandzką zarazę ziemniaczaną. W XIX wieku niepozorny grzybopodobny organizm zwany Phytophthora infestans doprowadził do śmierci głodowej 20–25 proc. ludności Zielonej Wyspy (czytaj: około miliona ofiar śmiertelnych). Oczywiście dziś mamy znacznie skuteczniejsze środki ochrony roślin, więcej laboratoriów i naukowców w tych laboratoriach...

Tylko co z tego, skoro przeciwnikiem jest przyroda, starająca się ze wszystkich sił dobrać się do naszych spichlerzy? W walce z ewolucją rolniczych patogenów na razie ponosimy głównie klęski i to takie, które bardzo źle wróżą na przyszłość.

Wściekłe mięso


Zdążyliśmy już trochę o zapomnieć o tym, co było bodaj największą katastrofą rolniczą nowoczesnej Europy. Dowcipy o wściekłych krowach wyszły z mody, natomiast gąbczasta encefalopatia bydła (BSE) do dziś przyprawia naukowców o ból głowy.

Po pierwsze dlatego, że nikt nie spodziewał się takiej choroby. Uczeni wiedzieli mniej więcej, na co stać wirusy, bakterie czy grzyby. To, że czynnikiem sprawczym okazały się zakaźne białka zwane prionami, było szokiem.

Z początku prawie nikt nie wiedział, czy i jak bardzo są one groźne, jak je niszczyć, jak zapobiegać rozprzestrzenianiu się choroby. Do dziś część naukowców nie uważa prionów za przyczynę BSE czy atakującego ludzi wariantu choroby Creutzfeldta - Jakoba (vCJD), choć Stanley Prusiner z University of California w San Francisco za to odkrycie otrzymał Nagrodę Nobla w 1997 roku. Dla większości badaczy lekcja była jednak bardzo czytelna – śmiertelne zagrożenie dla zwierząt hodowlanych i człowieka mogą stanowić zupełnie nowe patogeny.

Do tego dochodzą jeszcze skutki społeczne takiego zdarzenia. Na BSE padło 179 tys. sztuk bydła w najciężej dotkniętym chorobą kraju, czyli Wielkiej Brytanii. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby, zabito kolejne 4,4 mln zwierząt. W sumie kosztowało to brytyjskich podatników ponad 5 mld funtów. Zdaniem wielu naukowców to bardzo dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wskutek zjedzenia skażonego prionami mięsa zmarło mniej niż sto osób.

Ptasia bomba zegarowa


Trudno byłoby równie precyzyjnie oszacować skutki innej zwierzęcej epidemii, czyli ptasiej grypy wywoływanej przez wirusa H5N1. Według danych WHO zachorowało na nią mniej niż 400 osób, z czego ok. 240 zmarło. To niewiele, jeśli zważymy, że powikłania po „zwykłej” grypie co roku zabijają setki tysięcy ludzi.

Jednak ptasia grypa, jak sama nazwa wskazuje, zabija przede wszystkim ptaki – i to niezwykle skutecznie, bo inwazję najgorszych mutantów przeżywa mniej niż 10 proc. zaatakowanej grupy. Aby zatrzymać rozprzestrzenianie się choroby, hodowcy likwidują zainfekowane stada. Czasem skutecznie, tak jak w 2003 r. w Holandii. Wówczas trzeba było zabić 32 mln kurczaków – połowę drobiu w całym kraju – żeby powstrzymać wirusa H7N7. Czasem jednak nawet eksterminacja ponad 200 mln ptaków nic nie daje – i tak właśnie wygląda walka z H5N1. Straty liczone są już w grubych miliardach dolarów, a to przecież nie koniec kłopotów.

Jeśli mikrob ten przekształci się w jeszcze bardziej zjadliwą formę, może zaatakować także inne zwierzęta – koty, świnie i oczywiście ludzi. Ale nawet jeśli ograniczy się tylko do ptaków, może spowodować upadek branży drobiarskiej. W Polsce kluczowe regiony to Mazowsze, Wielkopolska, Warmia i Mazury. Jeśli pojawi się w nich kilkanaście ognisk choroby, wszyscy hodowcy zbankrutują, a ceny wzrosną tak, że konsumenci przestawią się na znacznie mniej zdrową wołowinę czy wieprzowinę. W krajach rozwijających się, gdzie drób jest często podstawowym źródłem białka zwierzęcego, problem się pogłębi – ludzie będą niedożywieni, a rodziny utrzymujące się z hodowli zaczną cierpieć głód.

Grzyb gorszy niż atomowy

 


Prawdziwie globalną katastrofę może spowodować uderzenie w najniższe i najważniejsze piętro naszej rolniczej piramidy – zboża. Są one podstawą codziennego wyżywienia większości ludzi na świecie; bez nich nie byłoby też mowy o masowej hodowli drobiu czy bydła. Dzięki postępom nauki od dziesięcioleci nie mieliśmy większych kłopotów ze zbożowymi chorobami, ale to na pewno wkrótce się zmieni.

Wszystkiemu winien jest grzyb Puccinia graminis, wywołujący rdzę zbożową. Atakuje on naziemne części roślin, zmniejszając ilość produkowanych przez nie nasion, a nawet doprowadzając do ich obumierania. Różne odmiany patogenu mogą pasożytować na życie, owsie, jęczmieniu czy pszenicy. W latach 60. XX wieku rolnicy zaczęli sadzić odmiany odporne na rdzę i wydawało się, że widmo zbożowego głodu zniknęło na zawsze. Jednak w 1999 r. w Ugandzie odkryto mutanta należącego do gatunku Puccinia graminis tritici, nazwanego w skrócie Ug99. Ewolucja pozwoliła mu pokonać wymyślone przez człowieka zabezpieczenia i zaatakować pola pszenicy. Jak się okazało, bardzo skutecznie – prawie żadna uprawiana dziś odmiana nie jest w stanie obronić się przed tym grzybem.

Epidemia z początku rozwijała się tylko w Afryce, ale niedawno wraz z wiatrem pokonała Morze Czerwone. Jest już w Iranie, prawdopodobnie także w Pakistanie i kieruje się na wschód i północ, by zaatakować Egipt, Turcję, Indie i Chiny. Pola pszenicy w tych krajach dostarczają żywności dla miliarda ludzi...

Oczywiście jest jeszcze – teoretycznie – szansa na uniknięcie najgorszego. Można stosować środki ochrony roślin, ale są one tak drogie, że sporej części rolników po prostu nie stać na taką inwestycję. Można wyhodować nowe odmiany, odporne na Ug99, i obsadzić nimi pola w zagrożonych krajach. To jednak potrwa kilka lat. Jeśli rdza zbożowa wygra wyścig, będziemy świadkami klęski, jakiej do tej pory nasza rolnicza cywilizacja nie doświadczyła. Bardzo ostrożne szacunki mówią o spadku plonów o 40 proc.

Coraz mniej ziemi na Ziemi


Niejako w cieniu groźnych pasożytów kryją się inne zagrożenia, mniej widoczne, ale również budzące coraz większy niepokój uczonych. Weźmy dla przykładu ziemię. Wiemy już, że zagospodarowaliśmy większość terenów nadających się do uprawy roślin, a pozyskiwanie nowych przez wypalanie dżungli czy osuszanie bagien okupione jest wielkimi szkodami ekologicznymi i klimatycznymi. Jednak nawet to, co już mamy, kurczy się w zastraszającym tempie.

Powód jest prosty – oczyszczone z „chwastów”, spulchnione grunty orne są po prostu zdmuchiwane przez wiatr i spłukiwane przez wodę. Na polach uprawnych ubywa gleby od 500 do 10 tys. razy szybciej niż w lasach. Tymczasem nowa, pełnowartościowa ziemia powstaje bardzo powoli. Jeśli dołożymy do tego zmniejszanie żyzności gleby przez coraz intensywniejsze uprawy i zatruwanie jej środkami ochrony roślin, to jasne się staje, że nawet jeśli obronimy zboża przed szkodnikami, możemy wkrótce mieć problem ze znalezieniem miejsca na wysiewanie tych zbóż.

Naukowcy pracują już nad metodami odtwarzania utraconego gruntu. Ale na razie bez większych sukcesów, bo wyszło na jaw, jak niewiele wiemy o chemii czy biologii tego, czego – wydawałoby się – na Ziemi powinno być pod dostatkiem.

Wysychająca planeta


To samo niestety można powiedzieć o wodzie. Oczywiście jest jej na naszej planecie mnóstwo – jakieś 1,3 mld kilometrów sześciennych – ale większość, czyli 97,5 proc. znajduje się w oceanach, a z pozostałych 2,5 proc. aż dwie trzecie to lodowce i lądolody. To, co zostało, zdążyliśmy już w większości zagospodarować, a w sporej części – także zanieczyścić. Podziemne zasoby wody pitnej eksploatujemy dziś tak szybko, że nie nadążają z naturalnym odradzaniem się. Odsalanie jest jakimś rozwiązaniem, ale na razie w tej dziedzinie brak spektakularnych sukcesów. W rezultacie ok. miliarda ludzi na całym świecie nie ma dziś dostępu do bezpiecznych źródeł wody pitnej, a nawadnianie upraw staje się coraz większym problemem.

Także i tutaj rolnikom pozostaje czekanie na nowe odkrycia naukowe: odporniejsze na suszę odmiany roślin, skuteczniejsze i tańsze metody odsalania wody morskiej albo zupełnie nowe technologie upraw, wykorzystujące np. glony. Modlitwy o deszcz, zwłaszcza w erze globalnego ocieplenia, stają się coraz mniej skuteczne.

Jan Stradowski