Uzgadniajmy z szefami warunki, jakie potrzebujemy spełnić, by dostać podwyżkę bez zbędnych dyskusji. Może też zamiast obrazić się na szefa, który nie może dać nam ekstra pieniędzy, warto zastanowić się nad alternatywną nagrodą, która będzie dla nas satysfakcjonująca?

W jaki inny sposób szef mógłby docenić naszą pracę, żebyśmy mieli poczucie, że organizacja swoimi poczynaniami równoważy nasze wysiłki i nasz wkład w jej wyniki? Może szkolenie, może certyfikacja? Albo jakiś inny przywilej – dodatkowy pakiet opieki zdrowotnej?

Z szefem warto także ustalić termin spodziewanej podwyżki, jeżeli z różnych względów nie może ona nastąpić teraz. Poza tym – jeżeli pracodawca unika rozmów na temat pieniędzy, zwodzi nas i mami wciąż niespełnianymi obietnicami, to może szkoda czasu i życia na pogrążanie się w rozczarowaniach i zawiedzionych nadziejach? Być może to dobry czas na zmiany.

Jak wyzbyć się fałszywego wstydu w rozmowie o pieniądzach?

- Warto się zastanowić, co symbolizują pieniądze w naszym życiu. Czy przypadkiem nie traktujemy ich jako bezpośredniego komunikatu o naszej wartości, jako ekwiwalentu poczucia własnej wartości. Czy przypadkiem nie „monetyzujemy” swojej samooceny: „im więcej zarabiam, tym lepiej się czuję, tym więcej jestem wart, tym bardziej mnie cenią”. A przecież nasza człowiecza wartość w żaden sposób nie przekłada się na pieniądze – nie ma istot tańszych i droższych. Jeśli dołożymy do tego powszechne przekonanie, że mówienie o pieniądzach jest nieeleganckie („Gentlemani nie rozmawiają o pieniądzach”), a jak ktoś prosi o pieniądze, to jest „roszczeniowy” – to nijak nie będziemy w stanie rozmawiać o swoich zarobkach w poczuciu komfortu.

Sam wyraz „prosić” stawia jedną ze stron w pozycji podrzędnej.

- Niesłusznie. Standardowo „prośba” nie ma konotacji „żebraczej”, choć w przypadku pieniędzy nieoczekiwanie (wraz z uruchomieniem powyżej opisanych przekonań) może jej nabierać. Jeśli decydujesz się poprosić, potrzebujesz uznać, że druga strona może się zgodzić albo nie. Proszenie nie jest gwarantem tego, że dostaniemy to, o co prosimy. Nie dajmy sobie wmówić, że jako proszący mamy czuć się źle czy niekomfortowo tylko z tego powodu, że prosimy. Może zresztą powinniśmy zastąpić „proszenie o podwyżkę” bardziej eleganckim sformułowaniem: „negocjacje” i po prostu zapukać do szefa: „Dzień dobry, szefie, przyszłam porozmawiać o moich zarobkach. Może byśmy przeanalizowali, jak to było w tych ostatnich latach?”.

Pamiętajmy też, że tak jak pracownicy nie potrafią prosić o podwyżkę, tak i menedżerowie nie potrafią na ten temat wprost rozmawiać. Oni też obawiają się, że nie mając wystarczających środków, nie będą w stanie zatrzymać świetnych ludzi w zespole, wolą więc stosować uniki i komunikacyjne kombinacje. Zapominają, że można z pracownikiem umówić się na różne warianty zdarzeń i że można go docenić także inaczej.

Jeśli zarabiamy wystarczająco dużo, aby utrzymać się na przyzwoitym poziomie, pieniądze nie grają w świecie naszej motywacji aż takiej roli. Co prawda ludzie często mówią, że motywują ich pieniądze, ale mało kto zbiera na kupkę złote dukaty i ogląda je z zachwytem.

Dla znacznej części z nas pieniądze są drogą do realizacji różnych potrzeb. Niektórzy idą do szefa z prośbą o pieniądze, bo to ma być dla nich sygnał, że docenia ich starania. Zaskakująco często okazuje się, że kiedy szef wyrazi swój entuzjazm na temat pracy podwładnego, te pochwały okazują się równie cenne jak podwyżka. Chociaż nie mogą być jej wiecznym ekwiwalentem Warto zatem porozmawiać uczciwie z szefem o tym, co nam w duszy gra. Chyba że się wie o szefie, że nie daje podwyżek, wtedy szkoda czasu.

Wiedząc, że ma się emocjonalny stosunek do pieniędzy, jakie myśli poukładać sobie w głowie, zanim się do szefa zapuka?

- Przed spotkaniem warto usiąść i na porządnej kartce (nie na byle jakim skrawku papieru) wypisać wszystkie konkretne argumenty, które chcemy przedstawić szefowi. Może potrzebujemy je przećwiczyć i powiedzieć do lustra, do męża, do przyjaciółki. Warto na spokojnie przemyśleć różne warianty przebiegu rozmowy, by „niczego nie oczekiwać, ale wszystkiego się spodziewać”. Można też zastanowić się, po co pracujemy w takim a nie innym miejscu. Zwłaszcza jeśli go nie lubimy, a nasze oczekiwania finansowe nie są tam brane pod uwagę. Czy praca, którą wykonuję, jest dla mnie wystarczająco satysfakcjonująca, żeby w tym miejscu nadal pracować? Bo jeżeli ani pieniądze, ani materia, jaką się zajmuję, nie są dla mnie wystarczająco atrakcyjne, to może trzeba sobie poszukać nowego zajęcia? Z jakiego powodu jeszcze tutaj jestem? Osoby skrywające w sobie myśl o podwyżce zwlekają z rozmową miesiącami, a czasem latami. Czekają na właściwy moment i bywa, że startują do akcji, kiedy ich emocje sięgają zenitu. Nie uzyskują pożądanego efektu, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że ich strategia unikania rozmowy była słuszna. A nie była.

Jeżeli odpowiedzią na pytanie: „dlaczego wciąż pracuję w tym miejscu?” jest zdanie: „Bo nie mam wyjścia”?

- Wyobrażam sobie, że za tymi słowami tak naprawdę ukryte jest hasło: nie widzę wyjścia. Jakieś rozwiązanie istnieje zawsze, tylko my nie zawsze jesteśmy gotowi, by je dostrzec. Zakleszczamy się w poczuciu bezradności, straszymy się samotnością i kredytami. Stajemy się więźniem jedynego scenariusza zawodowego, który sami sobie napisaliśmy. Zmiany boimy się jeszcze bardziej niż braku zawodowej satysfakcji czy nawet cierpienia lub wyzysku, w którym tkwimy. Mówiąc przekornie – jeżeli ktoś zarabia mało i ma kiepskiego szefa, to jestem przekonana, że gdyby tylko zechciał
– znalazłby pracę przynajmniej z sympatyczniejszym szefem w tle.

Nie warto czekać na zmiany, bo mogą nadejść takie, jakie nam się nie spodobają. Warto być aktywnym, nawet małymi kroczkami zmieniać życie na takie, w jakim poczujemy się tak, jak chcemy się czuć. Warto prosić o zasłużone podwyżki, ryzykować utratę – jakże w gruncie rzeczy niestabilnej – stabilizacji na rzecz odważnego budowania tego, co chcemy mieć i kim chcemy być.


Beata Kaczyńska – mówi Beata Kaczyńska, coach i współzałożycielka Szkoły Coachingu WINGS.