Pewnego dnia zapytałem na wykładzie studentów psychologii, czy liczba gwiazd na niebie jest parzysta, czy nieparzysta. Z kilku miejsc na sali usłyszałem „nie wiem”, „tego się nie da stwierdzić”. Jedna studentka odmówiła zajmowania się tym pytaniem, bo „nie po to płaci czesne, żeby tracić czas, ale dlatego że potrzebuje dyplom z psychologii”. Była w mniejszości, dzięki czemu mogliśmy  porozmawiać o Pyrronie – filozofie z IV wieku p.n.e., który takie pytania stawiał i miał ku temu ważniejsze powody niż uzyskanie papieru z pieczątką i podpisem. Pytał o gwiazdy, jak pyta filozof, a nie astronom, bo naprawdę pytał o to, jak być szczęśliwym.

Użył gwiazd jako przykładu dowolnego poglądu. Rozwijał to pytanie tak: jedni będą twierdzić, że na niebie jest parzysta liczba gwiazd, inni, że nieparzysta. I ci, i ci są dogmatykami.  Znajdą się też tacy, którzy powiedzą: nie da się policzyć gwiazd na niebie. Ci też są dogmatykami. Nie wiemy, czy się da, czy nie. Wiemy tylko, że w tej chwili my, ludzie, nie mamy możliwości zrobienia takiego rachunku. To jest właściwa postawa sceptyczna.

 

RADYKALNA OBECNOŚĆ

Rok 327 p.n.e. Pyrron wraz ze 120 tys. ludzi – żołnierzy, kupców, awanturników, którzy nie umieją usiedzieć na miejscu, prostytutek, tragarzy, poganiaczy mułów i filozofów – dociera z Aleksandrem Wielkim do Indii. Sprawca tej wyprawy – nazywany przez jednych genialnym wodzem, przez innych socjopatycznym masowym mordercą – pokonuje kolejne armie, wbrew tropikalnym deszczom i bojowym słoniom.

Pyrron nie walczy. Jest tu po to, żeby uczyć się mądrości od miejscowych gymnosofistów, nagich mędrców, których dzisiaj nazywamy joginami.

Wielu badaczy myśli starożytnej twierdzi jednak, że najbardziej zainspirowały go nauki Buddy, z ich wywiedzioną z doświadczenia medytacyjnego konkluzją o nietrwałości,  braku jaźni  i cierpieniu wynikłym z przy-wiązywania się. Ich zdaniem to Pyrron miał wprowadzić do zachodniego słownika termin „ataraksja”, który potem stał się ideałem większości szkół filozoficznych i mógł oznaczać buddyjską bezstronność, jeden z siedmiu czynników duchowego oświecenia. Pyrron przywiózł też do Grecji praktykę wielodniowych pieszych  wędrówek jako sposób uprawiania filozofii. Mnisi z tradycji buddyjskiej zwyczajowo wędrowali wtedy z miejsca na miejsce – z wyjątkiem pory deszczowej, kiedy było to niemożliwe – po to między innymi, by się nie przywiązywać.

Kiedy Pyrron wróci do Grecji – głosi legenda o tym filozofie i starożytne kroniki Diogenesa Laertiosa – nikt ani nic nie wytrąci go z równowagi. Na okręcie w czasie burzy pokaże swoim spanikowanym towarzyszom podróży świnię, która nie robi sobie nic z nacierających fal, tylko spokojnie je to, co znalazła w korycie. „Patrzcie, przyjaciele, tak niewzruszony musi być mędrzec w podobnych wypadkach” – rzeknie.

Pyrron założył szkołę filozoficzną w Elidzie (na Półwyspie Peloponeskim) i łącząc wschodni trening umysłu z grec-kim racjonalizmem, głosił, że powinniśmy powstrzymać się od ciągłej oceny, wydawania sądów, a osiągniemy spokój ducha – ataraksję – i przestaniemy być niewolnikami psychicz-nych podrażnień oraz destruktywnych emocji. Uciekniemy przywiązaniu (bo odpowiadają za nie sądy), a tym samym cierpieniu. Co nam pozostanie? Bezpośrednie zmysłowe i mentalne doświadczenie, radykalne bycie tu i teraz. I ono samo doprowadzi nas – niczym niezamierzona medytacja wglądu – do  konwersji, powrotu do źródeł, znalezienia swojego doskonałego miejsca w procesie życia.

Przekonania, w które wierzymy, wytracają nas z procesu życia i odsyłają do przyszłości albo przeszłości, budząc lęk i niepotrzebną ekscytację. Mogą nawet zamienić się w obsesje i stać się podstawą chorób psychicznych. Dlatego lepiej być sceptykiem niż dogmatykiem. Dogmaty i urojenia wzmacniają się nawzajem. Wyzbycie się dogmatów to wyzbycie się urojeń i zdrowie psychiczne. Jedna z metod sceptycyzmu w wydaniu Pyrrona – żonglowanie argumentami aż do zmęczenia i  porzucenia dyskursywnego myślenia, a tym samym otwarcia na doświadczenie chwili obecnej – przypomina praktykę zen zwaną pracą z  koanami. Pyrron radził doprowadzać fantazje do absurdu, by same się zdemaskowały. Uważał się za wolnego, bo nie miał żadnego poglądu, w którego imieniu musiałby walczyć. Głosił prostotę życia i porzucenie ambicji.