Oceany są położone niżej niż rzeki, ale się tym totalnie nie przejmują, bo i tak te wszystkie rzeki prędzej czy później do nich się schodzą. Tych słów dr Wayne W. Dyer użył w jednym ze swoich wykładów, żeby wytłumaczyć ideę skromności. Albo nawet lepszym słowem będzie pokora.

„Being humble”, bo to o to chodzi, w świecie rozwoju osobistego to temat rzeka… A w sumie to jest tak duży temat, że powinien to być ocean. Piszę o tym na początku, żeby nas wszystkich zaszczepić przeciwko megalomanii i neofityzmowi.

Kiedy budzi się w nas kaznodzieja

Im bardziej początkujemy w jakiejś dziedzinie, tym bardziej zafascynowani chcemy wszystkich nawracać na to nasze nowe. Kiedy zaczynamy uprawiać bieganie, chłoniemy świat krótkich i długich dystansów, pulsometrów, ubrań termicznych. Potem raz spytani na urodzinach kolegi o to, jak nam idzie, czujemy, że budzi się w nas kaznodzieja pod wielkim wezwaniem boga biegusa.

I zaczynamy: „Ty też możesz, jeśli tylko chcesz. Wystarczy 15 minut dziennie na początku. Kup sobie zegarek, ale od razu ze wszystkim, bo gwarantuje ci, że tak się wciągniesz, że pożałujesz kupna tańszego… bla… bla.. Bieganie jest super… bla … bla… W każdą pogodę możesz… bla bla bla…

W zawodach pomocowych, takich jak mój – choć teraz, jak to piszę, to myślę w sumie, że w każdym zawodzie, w którym coś się przekazuje innym, albo czegoś innych uczy, albo innym się pomaga – można z łatwością dwulatka wpaść w pułapkę samozajebistości w stylu: „Ja mam coś, czego nie macie wy i ja wam to dam, wy moi biedni”. Powodów takiego stanu rzeczy jest pewnie wiele.

Można kogoś rozwalić jednym pytaniem. Tylko po co?

Czasem paradoksalnie niskie poczucie własnej wartości tej osoby chce sobie coś zrekompensować. Czasem rozdmuchane ego (które wynika z punktu pierwszego). Czasem pokrętna chęć wzbudzenia podziwu. A czasem chęć zaimponowania komuś, prowadzi w stronę poczucia bycia wielkim przez małe „w”.

Pamiętam, jak usłyszałam kiedyś historię o jednym „guru rozwoju osobistego”, który „potrafił jednym pytaniem rozwalić uczestnika” (cytuję dosłownie). Podobno zadawał pytanie: „A tatuś cię nie akceptował, co nie?”. I w oczach odbiorcy pojawiały się w sekundę łzy. No ale proszę was, kto z nas nie ma jakiejś rany na linii my-rodzice? Więc oczywiście, że to pytanie coś poruszy. Pytanie tylko, co i jak bardzo, ale że poruszy – to wiemy na bank.
 
Bo to prawie jak pytać: „A nad morzem to widziałeś mewy, co nie?”. Albo: „W szkole to pewnie byłeś nieprzygotowany na zajęcia?”. To pytania pewniaki. Żadna sztuka. Po co mam zadawać komuś takie pytanie? Dla efektu? Dla łez? Dla pokazania, jak bardzo potrafię w nieznanej osobie trafić w czuły punkt? Można. Oczywiście, że można. Tylko po co.

Wspólna podróż z asekuracją

W rozwoju osobistym chodzi o moją wspólną podróż z drugim człowiekiem. Nie moje krzyczenie z jakiegoś czubka góry w dół do wspinacza: „No chodź tu na górę! Idziesz czy się boisz?”.

Przypomina mi się historia z profesorem Kępińskim w tle, legendą polskiej psychiatrii. Jeden z jego pacjentów powiedział o nim tak: „Był równorzędnym partnerem tych »podróży w głąb mojej duszy«. To ja czułem się jego przewodnikiem, bo to było moje wnętrze, nie jego. Poruszaliśmy się, jak gdyby to była wyprawa dwóch grotołazów do niezbadanego, podziemnego labiryntu. Ja szedłem pierwszy i mówiłem, co widzę. Jednocześnie czułem się asekurowany przez postępującego za mną krok za krokiem profesora”.

Tak trzeba być. Być z ludźmi.