To, jak czujemy się we własnym ciele, ma znaczenie. Ma znaczenie dla naszego zdrowia, psychiki, a nawet relacji, które budujemy. Kiedy czujemy się w naszym ciele dobrze, to jesteśmy lepsi dla siebie i innych. Kiedy czujemy się w nim źle, odbija się to na naszym świecie zewnętrznym. Trudno wrócić spokojnym do domu z zakupów, na których przymierzyliśmy dziesięć par dżinsów i żadne na nas nie pasowały, więc wyżywamy się albo na sobie albo na naszych bliskich. Albo kiedy nasze ciała chorują, niedomagają, nie są takie, jakie chcielibyśmy mieć, to rodzą się z tego frustracja, gorycz a czasem złość, które gdzieś muszą znaleźć ujście i wtedy albo jemy jeszcze więcej albo znowu, wyżywamy się na innych.

CIEKAWOŚĆ WŁASNEGO CIAŁA

Rodzimy się z naturalną akceptacją tego, jak wyglądamy. Małe dzieci z fascynacją oglądają swoje ciała i cieszą się nimi, bawią, dotykają. Aspekt socjalizacji sprawia, że z czasem umyka nam to poczucie jedności i ciekawości naszych ciał, a zastępuje je cała lista wytycznych i wymagań wobec tego, jakie powinny być, a jakie nie. Skoro w toku rozwoju społecznego zatraciliśmy tę umiejętność, to trzeba nam nauczyć się jej od nowa. Budowanie relacji z naszymi ciałami jest jak budowanie relacji z drugim człowiekiem. Wymaga świadomości siebie i świadomości ciała. Potrzeba na nie czasu i zaangażowania, potrzeba codziennych kontaktów, rozmów, uważności, troski itp.

Tylko od kogo się tego uczyć? Najłatwiej od rodziców, bo to jak oni postrzegają własne ciała, ma wpływ na to, jak będą je postrzegać ich dzieci. Szczególnie wrażliwy na ten aspekt jest czas wchodzenia w adolescencję, bo czas dorastania to czas dekonstrukcji i rekonstrukcji własnej tożsamości. To trudny moment w rozwoju człowieka, bo zmienia się wszystko a najbardziej ciało. Jak pomóc dzieciom przejść przez ten okres z jak najmniejszym uszczerbkiem? Tu nie ma żadnej wielkiej tajemnicy. Zasada jest prosta: Jeśli nie damy dzieciom dobrych wzorów relacji z własnymi ciałami, to nie możemy liczyć na to, że „samo się dobrze zbuduje”. Dlatego też wielokrotnie odpowiadam zatroskanym rodzicom nastolatków: Co robić, żeby moja córka/syn lubili swoje ciało? Akceptuj swoje i pokaż im, jak to się robi.

WARTOŚĆ MIERZONA CENTYMETREM

Jest ogromna różnica między tym, że odchudzamy się, bo czujemy się lepiej w jakimś konkretnym rozmiarze, a tym, że myślimy o sobie, iż nie jesteśmy nic warci, dopóki nie schudniemy. Pierwsze jest chęcią zmiany, która płynie z życzliwości i troski o siebie, a drugie czerpie z lęku, że jesteśmy nieatrakcyjni i niewiele znaczący. Takich zależności najczęściej uczymy się, dorastając. Nasze dzieciństwo to czas, w którym chłoniemy obrazy świata, które opisują i pokazują nam dorośli. Więc to od rodziców, nauczycieli, duchownych uczymy się, czym jest świat i jak działa. To również od nich uczymy się tego, jak patrzy się na własne ciało. A te opisy bywają bardzo różne. Są takie, które mówią, że nie wolno ufać ciału, bo ono ciągle czegoś chce niedobrego dla nas, np. seksu, albo że ciało jest tylko narzędziem i nie ma co za dużej uwagi mu poświęcać, bo to ono
ma nam służyć a nie my jemu.

Dodatkowo uczymy się pewnych skrótów myślowych np. gruby to leniwy, niewysportowany to niechlujny, niezadbana to niezorganizowana, itp. Te przekonania mają pewien wspólny mianownik: wygląd ma największe znaczenie i stanowi o naszej wartości. Jeśli w to uwierzymy, wpadamy w pułapkę „jednej kategorii” czyniącej nas wartościowymi lub nie, a poczucie własnej wartości to złożony z wielu elementów obszar.