powrót
Focus na życie w dobrym stylu
  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie

Focus na życie w dobrym stylu. Lifestyle'owy magazyn o zdrowiu, domu, podróżach, kulturze i relacjach - codziennie o tym, co realnie wpływa na jakość życia.

FacebookPlatforma XYoutubeInstagram

Nasze tematy

  • Najnowsze
  • Aktywność
  • Dom i ogród
  • Moda i uroda
  • Zdrowie
  • Parenting
  • Podróże
  • Kultura
  • Promocje
  • Styl życia
  • Pupile
  • Nauka

Redakcja

  • Polityka prywatności
  • Redakcja
  • Kontakt

© 2026 focus.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.

theprotocol.it
Aktywność

Polacy w NBA. Czym możemy się pochwalić na najwyższym szczeblu koszykarskim?

Niedawno zakończył się draft NBA, który ponownie otworzył drzwi do ligi wielu młodym zawodnikom. Najwięcej uwagi przyciągały nazwiska z samej czołówki – AJ Dybantsa, Darryn Peterson, Cameron Boozer czy Caleb Wilson – ale z polskiej perspektywy bardziej aktualne było inne pytanie: gdzie w tym wszystkim są biało-czerwoni?

M
Maciej Cembrowski
2h temu·14 minut··
Polacy w NBA. Czym możemy się pochwalić na najwyższym szczeblu koszykarskim?

Źródło: Unsplash / Ryan

Chcesz czytać więcej treści jak „Polacy w NBA. Czym możemy się pochwalić na najwyższym szczeblu koszykarskim?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google

W tym roku żaden Polak nie znalazł się w drafcie, więc nie było nawet okazji, by ktoś z naszego podwórka powalczył o miejsce w najlepszej lidze świata tą drogą. Tyle że sama historia pokazuje, że draft nie zawsze jest jedyną przepustką, a wybór przez klub NBA nie zawsze oznacza debiut. Warto więc przypomnieć tych, którzy już zapisali się w polskim rozdziale NBA – od pierwszego przełamania, przez niespełnione oczekiwania, aż po mistrzowski pierścień.

Cezary Trybański. Pierwszy Polak w NBA i historia, która zaczęła się od wielkiego zaskoczenia

Prawdopodobnie dobrze znana postać każdemu kibicowi koszykówki w Polsce. „Trybik” rozpoczął swoją karierę w 1997 roku, reprezentując barwy pierwszoligowej Legii Warszawa. Przez brak doświadczenia i młody wiek odszedł na wypożyczenie do nowopowstałej w III lidze MGM DOSiR Praga Północ. Następny sezon spędził w drużynie Legii Królewskie, a w 1999 roku podpisał trzyletni kontrakt z Hoop Pekaes Pruszków. Pierwszy sezon spędził głównie w drużynie rezerw pruszkowskiego klubu, dostając tylko dwie szanse w dorosłej ekipie. Po tym sezonie drużyna rezerw została rozwiązana, a Trybański znalazł się w kadrze Hoop Blach Pruszyński Pruszków. Przez następne dwa sezony pozycja Cezarego w polskim klubie stopniowo się zwiększała, natomiast trudno było mu wejść na wyżyny umiejętności przez częste urazy. W sezonie 01/02 średnio grał 16,3 minuty, w których zdobywał 6,1 punktów, 3,6 zbiórek oraz 1,4 bloków.

View this post on Instagram

A post shared by Cezary Trybański (@cezary.trybanski.official)

W trakcie wakacji 22-letni wówczas Czarek skontaktował się z menedżerem, który załatwił mu wylot do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał trenować i poprawić swoje umiejętności oraz koordynację. Jego agent miał w tym czasie poszukać mu posady w europejskiej drużynie.

Czytaj też: Shimano sprząta przy kierownicy. Właśnie tam rower zdradza, jak został zaprojektowany

Na pokazowym treningu znaleźli się skauci z wielu drużyn NBA. Dziewięciu z nich było zainteresowanych podpisaniem Czarka w swoich barwach. Najbardziej podekscytowany młodym Polakiem był Jerry West – legenda Los Angeles Lakers, powszechnie utożsamiana z sylwetką z logo NBA. To on odpowiadał wtedy za transfery w Memphis Grizzlies. Tym oto sposobem 22 lipca 2002 roku świat obiegła informacja o pierwszym Polaku na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Stanach Zjednoczonych. Podpisał on trzyletni kontrakt opiewający na 4,8 miliona dolarów.

View this post on Instagram

A post shared by Cezary Trybański (@cezary.trybanski.official)

Sezon 02/03 Trybański spędził jako przedstawiciel Niedźwiadków. Wystąpił w zaledwie 15 z 82 możliwych spotkań, w trakcie których grał średnio 5,7 minut, zdobywając 0,9 punkta, 0,9 zbiórki, 0,1 asysty i 0,4 bloku.

30 września 2003 roku został włączony do wymiany, w ramach której trafił do Phoenix Suns. W ich barwach rozegrał 4 mecze, ze średnią 2,5 minuty, 0,3 zbiórki oraz 0,3 bloku. Po kilku miesiącach, a dokładniej 5 stycznia 2004 roku, Cezary ponownie został włączony do wymiany, dzięki której został zawodnikiem New York Knicks. Jako Knickerbocker wyszedł na parkiet trzykrotnie, łącznie rozgrywając 5 minut i zdobywając jeden przechwyt oraz jeden punkt.

View this post on Instagram

A post shared by Cezary Trybański (@cezary.trybanski.official)

To były jego ostatnie minuty w NBA. 5 sierpnia 2004 w ramach wymiany przeszedł do Chicago Bulls, lecz nie rozegrał tam ani sekundy. 28 października tego samego roku został zwolniony. Prawie 2 lata później, 29 września 2006 roku Trybański został zakontraktowany przez Toronto Raptors, lecz już 15 października został zwolniony i nigdy więcej nie wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następne lata spędził w G League oraz Czechach, Litwie i Polsce.

Czytaj też: E-bike, który waży tylko 20 kg, ale jego silnik nie zna umiaru

Maciej Lampe. Talent z Realu Madryt, który miał podbić NBA znacznie mocniej

Urodzony w 1985 roku w Łodzi, już w wieku 5 lat przeprowadził się z rodziną do Szwecji, gdzie zaczęła się jego przygoda sportowa. W wieku 9 lat zaczął grać w koszykówkę w szwedzkim Polisen IF, lecz poza tym trenował również hokej na lodzie oraz piłkę nożną. Ostatecznie najlepiej odnalazł się właśnie w koszykówce.

W wieku 15 lat Maciej podpisał kontrakt z Realem Madryt. Debiutując w Eurolidze miał 16 lat i 360 dni, co uczyniło go najmłodszym zawodnikiem Los Blancos w historii. Skauci z NBA byli pod wrażeniem wybitnej koordynacji ruchowej w połączeniu z kolosalnymi parametrami fizycznymi, dlatego w 2003 roku, w wieku zaledwie 18 lat, Maciej Lampe trafił do draftu i został wybrany pickiem numer 30 (wówczas pierwszy pick drugiej rundy) przez New York Knicks.

View this post on Instagram

A post shared by Maciej Lampe (@polishpistol30)

Jego występy w Lidze Letniej były fenomenalne, a kibice patrzyli na jego przyszłość z dużym optymizmem. 5 spotkań zakończył ze średnią 17,2 punktów oraz 7 zbiórek, co uplasowało go w najlepszej 10 w obu kategoriach pośród wszystkich zawodników biorących udział. Niestety, kiedy nadszedł sezon regularny, Lampe doznał kontuzji, która spowolniła jego rozwój. Młody Polak nie rozegrał dla Knicks ani jednego meczu, a w styczniu 2004 roku został oddany do Phoenix Suns. Ta zmiana wyszła mu na dobre, gdyż zdołał wystąpić w 21 meczach do końca sezonu. Średnio grał 10,7 minut, zdobywając 4,6 punktu, 2,1 zbiórki, 0,4 asysty, 0,1 przechwytu oraz 0,1 bloku.

Czytaj też: 125 Nm i miejsce na dziecięcy fotelik. Ten rower wyraźnie nie lubi ograniczeń

Następny sezon rozpoczął w barwach Suns, lecz w styczniu 2005 roku został oddany do New Orleans Hornets. Do momentu wymiany wyszedł na parkiet 16 razy, lecz grał jedynie 7,4 minut na mecz, zdobywając średnio 2,8 punktu, 2 zbiórki oraz 0,1 asysty, przechwytu i bloku. Po wymianie rozegrał 21 spotkań, zwiększając średnie do 12,4 minut, 3,4 punktu, 2,7 zbiórki, 0,5 asysty oraz 0,2 przechwytu i bloku.

View this post on Instagram

A post shared by Maciej Lampe (@polishpistol30)

Kampanię 05/06 rozpoczął w tej samej drużynie, lecz znowu został częścią wymiany po paru miesiącach. W lutym 2006 roku przeszedł do Houston Rockets. Do momentu transferu wystąpił jedynie dwukrotnie, zaliczając 16 minut i zdobywając 2 zbiórki oraz jedną asystę. Zmiana otoczenia nie zmieniła wiele, gdyż Maciej wyszedł na parkiet jedynie 4 razy, średnio grając 3 minuty i zapisując 1 punkt oraz 1,3 zbiórki.

Razem z końcem sezonu jego umowa została rozwiązana, a on nigdy nie wrócił do NBA. Następne lata spędził głównie w FC Barcelonie, mając również etapy w drużynach z Rosji, Izraela, Turcji, a także Chinach.

Czytaj też: Jacuzzi czy sauna? Naukowcy sprawdzili, co silniej wpływa na organizm

Marcin Gortat. Polish Hammer, który naprawdę zbudował polską historię w NBA

Najbardziej znany i utalentowany Polak, jaki pojawił się dotychczas w NBA. Początki jego zamiłowania do sportów przypadają na wczesne lata życia, lecz początkowo nie były one związane z koszykówką. Na początku trenował lekkoatletykę, wielokrotnie zdobywając medale w różnorakich konkurencjach. Pierwszym sportem z piłką była piłka nożna. Na początku grał w klubie Start Łódź, a później przeniósł się do ŁKS-u.

Grać w koszykówkę Gortat zaczął dopiero w wieku 18 lat w Łódzkim Klubie Sportowym. Już po kilku miesiącach od debiutu dostał powołanie do kadry Polski U-20. Prawdziwym kluczem był turniej rozgrywany we Francji w 2003 roku. Spisał się tam na tyle dobrze, iż przykuł uwagę skautów z RheinEnergie Köln. Na testach w niemieckiej Kolonii spisał się wybitnie i dołączył do drużyny.

View this post on Instagram

A post shared by Marcin Gortat (@mgortat13)

Pierwszy sezon w Bundeslidze był wolnym początkiem dla młodego Marcina. Na parkiecie występował przez jedynie 63 minuty, średnio zapisując do statystyk 1,9 punktu, 1,5 zbiórki oraz 0,4 bloku na mecz. W czerwcu 2004 roku podpisał wieloletni kontrakt z niemiecką drużyną. W trakcie wakacji wyjechał do Treviso na obóz, w którym dostrzegli go pierwsi skauci z NBA.

28 czerwca 2005 roku wziął udział w drafcie i został wybrany przez Phoenix Suns pickiem z numerem 57. Bardzo szybko został on jednak oddany do Orlando Magic. Nie otrzymał on bezpośredniej szansy, ponieważ został wysłany z powrotem do Niemiec. W Kolonii spędził kolejne dwa sezony, w których poczynił spory rozwój. Latem 2007 roku podpisał pierwszą umowę z Magikami, lecz jego debiut miał miejsce dopiero w marcu 2008. Do końca sezonu regularnego wystąpił w 6 meczach, a średnio do tabelki wpisywał 6,6 minut, 3 punkty, 2,7 zbiórki, 0,3 asysty oraz 0,2 przechwytu i bloku.

Czytaj też: Orbea ma dość e-bike’ów, które ważą i zachowują się jak małe motocykle

Już w pierwszym sezonie w NBA został pierwszym Polakiem, który wystąpił w play-offach. W 2008 roku zagrał w nich 8 razy, a Magic odpadli w drugiej rundzie. Rok później był już częścią zespołu, który dotarł do Finałów NBA i przegrał z Los Angeles Lakers.

View this post on Instagram

A post shared by Marcin Gortat (@mgortat13)

Dla kariery Gortata Orlando było wybitnym miejscem na start. Możliwość trenowania i nauki od rok młodszego, lecz zjawiskowego Dwighta Howarda to coś, o czym każdy środkowy marzy. W Magic spędził jeszcze 2 lata, dopisując do dorobku występy w ostatecznie przegranych 4:1 Finałach z LA Lakers, aż w grudniu 2010 został częścią wymiany, w ramach której trafił do Phoenix Suns. Tam z miejsca stał się bardzo ważnym elementem drużyny, występując w 55 meczach, startując w 12 z nich.

Kampania 11/12 w drużynie z Arizony była najlepszą dla Polish Hammera pod względem czystych statystyk. Zagrał w 66 meczach, wszystkie jako starter. Spędzał średnio 32 minuty na mecz, zaliczając 15,4 punktu, 10 zbiórek, 1,5 bloku, 0,9 asysty i 0,7 przechwytu. Steve Nash jako jeden z najlepszych rozgrywających wzniósł Polaka na wyżyny umiejętności i stworzył z nim zabójczy duet.

W 2013 roku Suns przeprowadzili wymianę, w ramach której Gortat trafił do Washington Wizards. W tej drużynie zaczął się najdłuższy i prawdopodobnie najlepiej zapamiętany dla większości okres jego kariery.

Źródło: Unsplash / Logan Weaver

W stolicy Stanów Zjednoczonych spędził 5 sezonów. Na 410 możliwych spotkań opuścił ich tylko 8, a w trakcie swojej dostępności tylko dwukrotnie zaczynał na ławce. Kibice bardzo szybko pokochali zaangażowanie Marcina i jego wkład w grę defensywną. Sam Gortat wielokrotnie chwalił grę u boku gwiazdy Waszyngtonu – Johna Walla.

Czytaj też: Brooks zrobił siodło, przez które zwykły rower wygląda jak plan na ucieczkę z miasta

Najlepszym sezonem w Czarodziejach była kampania 16/17, w trakcie której Marcin rozpoczął wszystkie 82 mecze, średnio wpisując w kanadyjkę 31,2 minut, 10,8 punktu, 10,3 zbiórki, 1,5 asysty, 0,7 bloku i 0,5 przechwytu.

Przez 5 sezonów spędzonych w Wizards czterokrotnie udało im się trafić do play-offów, natomiast najdalej doszli do drugiej rundy – i zrobili to trzykrotnie.

View this post on Instagram

A post shared by Marcin Gortat (@mgortat13)

Pod koniec jego epizodu w Washington było widać, że wiek zaczyna być problemem. Pogorszyła się motoryka, koordynacja, jak i same statystyki. W związku z tym Wizards oddali go do Los Angeles Clippers w zamian za Austina Riversa. W barwach Lob City zagrał tylko jeden sezon. Na parkiet wyszedł 47 razy, w tym tylko czterokrotnie nie wychodząc w wyjściowej piątce. Przeciętne statystyki przez niego zdobywane to 5 punktów, 5,6 zbiórki, 1,4 asysty, 0,5 bloku i 0,1 przechwytu w 16 minut.

Jego liczba występów zatrzymała się na 47, bo w lutym 2019 roku Clippers rozwiązali z nim kontrakt. Przez następny rok żadna drużyna nie zainteresowała się jego usługami. W rezultacie na początku 2020 roku Marcin Gortat ogłosił swoją sportową emeryturę, zapisując się tym samym jako najlepszy koszykarz pochodzący z Polski.

Czytaj też: Jeszcze niedawno takie buty trafiały na wybieg. Dziś ich miejsce jest też na bieżni

Jeremy Sochan. Największa nadzieja nowej generacji i pierwszy Polak z loterii draftu

Dobrze znana twarz, ponieważ jako jedyny jest cały czas aktywnym koszykarzem. Wychowywał się w Anglii, gdzie zaczęła się jego przygoda z koszykówką. Początkowo mieszkał w Southampton, gdzie uczęszczał do Solent Kestrels – młodzieżowej drużyny prowadzonej przez jego mamę. Później grał w Milton Keynes Basketball Club i Itchen College w rodzinnym Southampton, lecz później, w związku z przeprowadzką, przeniósł się do Milton Keynes Trojans.

Sezon 19/20 zaczął w LA Lumiere High School w stanie Indiana, natomiast nie był w stanie go dokończyć, w związku z globalną epidemią. Wrócił do Europy, natomiast zamiast rodzinnej Anglii ulokował się w Niemczech, gdzie trafił do OrangeAcademy – młodzieżowej drużyny Ratiopharm Ulm. W Niemczech spędził jeden sezon, odchodząc z Niemiec w czerwcu 2021 roku. Następny rok spędził w barwach Baylor Bears na Baylor University w Teksasie.

View this post on Instagram

A post shared by Jeremy Juliusz Sochan (@jeremysochan)

W 2022 wystąpił w drafcie, gdzie został wybrany przez San Antonio Spurs z numerem 9, czyniąc go pierwszym Polakiem wybranym w loterii, jak i w pierwszej rundzie.

W pierwszym sezonie wystąpił w 56 spotkaniach, rozpoczynając w 53 z nich. Statystyki na mecz wynosiły 26 minut, 11 punktów, 5,3 zbiórki, 2,5 asysty, 0,8 przechwytu oraz 0,4 bloku. Jego wkład w grę Spurs był na tyle dobry, iż został on wymieniony w II składzie debiutantów NBA.

Czytaj też: Specjalistka od podjazdów dostała aerodynamiczny charakter. Bianchi zmienia układ sił

Kibice widzieli w Sochanie przyszłą gwiazdę, która jest w stanie gwarantować ogromny wkład w ofensywie i defensywie. Zresztą, obrona była tym, w czym Jeremy specjalizował się od początku. Nawet jako młody i niedoświadczony zawodnik nie bał się podjąć wyzwania obrony kogoś wyższego i silniejszego. To sprawiło, że w późniejszych latach był rotowany po wszystkich pozycjach na parkiecie.

View this post on Instagram

A post shared by Jeremy Juliusz Sochan (@jeremysochan)

Następne dwa sezony pod względem statystyk wyglądają bardzo podobnie do pierwszego. W drugim sezonie zagrał 74 razy, a w trzecim 54. Niestety w kampanii 24/25 zaczął tracić miejsce w wyjściowej piątce, zaczynając tylko 23 spotkania. Kariera Polaka cały czas kontynuowała wykres malejący, przez co w ledwo zakończonym sezonie 25/26 widać było utratę zaufania do silnego skrzydłowego, głównie z powodu często nawracających kłopotów z kontuzjami. W Spurs wyszedł na parkiet 28 razy, tylko z ławki. Pod koniec swojego epizodu w San Antonio całkowicie wypadł z rotacji i nie dostawał szans pomimo bycia zdrowym. 11 lutego tego roku, za porozumieniem obu stron, Sochan został zwolniony. Dwa dni później oficjalnie ogłoszono go jako nowego zawodnika New York Knicks. Do końca sezonu regularnego zagrał 16 razy, aczkolwiek w głównej mierze albo minut nie dostawał, albo grał w samych końcówkach.

View this post on Instagram

A post shared by Jeremy Juliusz Sochan (@jeremysochan)

Knicks zakończyli sezon na trzecim miejscu konferencji wschodniej. W pierwszej rundzie play-offów pokonali Atlanta Hawks 4:2, w drugiej zmietli 76ers, w Finałach Wschodu powtórzyli to, co zrobili z drużyną z Philadelphii, a w Finałach Ligi trafili na byłą drużynę Sochana – San Antonio Spurs. Pomimo bycia czarnym koniem tej serii, Knickerbockers rozprawili się z teksańską drużyną w pięciu meczach. Dzięki temu Sochan został pierwszym koszykarzem reprezentującym Polskę, który znalazł się w mistrzowskim składzie NBA.

View this post on Instagram

A post shared by Jeremy Juliusz Sochan (@jeremysochan)

Po zakończeniu sezonu jego umowa z drużyną z Nowego Jorku wygasła i jeszcze nie wiadomo, gdzie ostatecznie wyląduje Polak.

Czytaj też: Po kaskach czas na kolejne zmiany? Rząd przygląda się hulajnogom elektrycznym

Honorable Mention: Szymon Szewczyk. Wybrany w drafcie, ale bez debiutu w NBA

Urodzony w Szczecinie, karierę seniorską również rozpoczynał w tym mieście. W SKK Szczecin grał od 1998 do 2001 roku, ciągle stając się lepszym i zwiększając swoją wartość wśród skautów z wielu krajów. W ostatnim sezonie w Szczecinie został najlepszym blokującym polskiej ligi. Po tym czasie odszedł do Polpharmu Starogad Gdański, wówczas grającego na drugim poziomie rozgrywkowym. Już po jednym sezonie odszedł do Niemiec, gdzie bronił barw Energie Brunszwik. W pierwszym sezonie u naszych zachodnich sąsiadów zaliczył średnią 12,3 punktu, 6,3 zbiórki oraz 1,07 bloku.

W 2003 roku Szewczyk zgłosił się do draftu NBA. Został wybrany z numerem 35 – zaledwie 5 picków po Macieju Lampe – przez Milwaukee Bucks. Przez lata Bucks posiadali prawa draftowe do Szewczyka, ale nigdy nie zdecydowali się podpisać z nim kontraktu. W 2013 roku w ramach wymiany prawa te otrzymała Oklahoma City Thunder.

View this post on Instagram

A post shared by Szymon Szewczyk (@szewc82)

Szymon kilkukrotnie występował w ramach Ligi Letniej, lecz nigdy nie dostał oficjalnego kontraktu i nie zadebiutował w największej lidze świata. Przez lata grał w wielu drużynach w całej Europie. Ostatnią drużyną Polaka był KK Włocławek w sezonie 21/22.

Polskie ślady w NBA są krótkie, ale znaczące

Historia Polaków w NBA nie jest długa, ale trudno powiedzieć, że nie zostawiliśmy tam żadnego śladu. Trybański otworzył drzwi jako pierwszy, Lampe pokazał, że polski talent może budzić realne zainteresowanie za oceanem, Gortat przez lata udowadniał, że zawodnik z Polski może być pełnoprawnym, ważnym ogniwem drużyny na najwyższym poziomie, a Sochan dopisał do tego najwyższy wybór w drafcie i mistrzowski pierścień. Szewczyk pozostaje z kolei przypomnieniem, że sam draft nie zawsze oznacza debiut w NBA. Nie mamy jeszcze długiej listy nazwisk, którymi moglibyśmy zasypać ligę, ale mamy historię pierwszego przełamania, solidnej kariery, wielkich oczekiwań i najnowszego sukcesu. A to już całkiem niezły punkt wyjścia do czekania na kolejnego Polaka, który spróbuje wejść na parkiety najlepszej ligi świata.

Spodobał Ci się ten artykuł?

Daj znać autorowi — kliknij wielokrotnie.

Chcesz czytać więcej treści jak „Polacy w NBA. Czym możemy się pochwalić na najwyższym szczeblu koszykarskim?"?Dodaj Focus.pl do preferowanych źródeł w Google
Udostępnij
FacebookX